Dwie uncje ironii, szczypta sarkazmu i trochę dekadentyzmu, odsłona IV (Głód) i V (Krzyk)
Część poprzednia: http://prorok.pl/fikcja/art-982,0.html.Odsłona IV
Głód
Nadchodziła katastrofa. Towarzyszyła jej cisza, jedna z tych, co wibrują w powietrzu nasycone negatywnymi emocjami. Zdecydowanie lepiej byłoby dla społeczności Hogwartu, aby nie znalazła się w pobliżu epicentrum tego, co właśnie się zbliżało.
Minerwa McGonagall miała pecha. Żeby było ciekawiej, była jedyną podejrzaną o skonfiskowanie mienia. TO było coraz bliżej. Pachniało miętową wodą kolońską i eliksirami, co razem zestawione tworzyło dość specyficzną mieszankę zapachową. Charakteryzowało się długim, haczykowatym nosem i przetłuszczonymi włosami. Aby efekt był bardziej dramatyczny, odejmowało punkty wszystkiemu, co można było uznać za małe, szkodliwe i wścibskie. Ucierpiała między innymi największa sława, przynajmniej zdaniem większości Hogwartu – Harry Potter. Całą winę można w gruncie rzeczy przypisać jednemu niewinnemu pocałunkowi, jaki zafundowała mu Cho Chang w przerwach między szlochem a milczeniem.
TO szło szybko i zdecydowanie, gotowe na bardzo wiele, byle tylko odzyskać utraconą zgubę. Czarna peleryna wojowniczo falowała przy każdym kroku. Wreszcie osiągnęło cel.
– TY – powiedział buntowniczo Mistrz Eliksirów, zatrzymując się w gabinecie nauczycielki transmutacji.
Z reguły nie zwracał się do zastępcy Dumbledore’a w ten sposób, gdyż mimo tego, iż sam był pedagogiem, czuł do niej ogromny respekt. W końcu kiedyś go uczyła.
Ale ta sytuacja należała do wyjątkowych. W związku z tym, kiedy tego popołudnia, zaraz po zakończonych lekcjach, pan S. zorientował się, co się stało, poczuł jak czerwona lampka zapala się w jego umyśle. Nie wahał się ani chwili – od razu przystąpił do akcji.
Minerwa McGonagall popatrzyła zdziwiona na Severusa Snape’a. Poprawiła okulary i spojrzała na niego trochę surowo, a trochę z rozbawieniem. Jeszcze nigdy nie widziała go tak wzburzonego.
– Wzięłaś je, Minerwo – w tonie jego głosu pobrzmiewała nie tyle złość, co żal.
Nauczycielka transmutacji powstrzymała się od wybuchnięcia śmiechem.
Już widziała oczami wyobraźni pewną jakże komiczną sytuację. Dostająca niekontrolowanego ataku dobrego humoru ona – wicedyrektorka najlepszej szkoły dla młodych czarodziejów, i sfrustrowany nauczyciel eliksirów, który wyglądał jak czynny wulkan. To nie byłoby dobre połączenie. No i co pomyśleliby uczniowie, gdyby przypadkiem znaleźli się w pobliżu? Nie, nie, do takiej sytuacji zdecydowanie nie mogła dopuścić. Znajdowali się cywilizowanym miejscu, a nie w jakiejś mugolskiej podstawówce!
– Moje papierosy – powtórzył Severus.
– To grozi rakiem i chorobami serca – powiedziała poważnie nauczycielka, zupełnie tak, jakby zwracała się do nieposłusznego nastolatka.
– Nie musisz mnie uświadamiać, Minerwo – powiedział sarkastycznie. – Ja cierpię na głód nikotynowy, czy ty wiesz jaka to tragedia?
McGonagall najwyraźniej ani nie wiedziała, ani nie próbowała sobie tego wyobrazić.
– Ja – Mistrz Eliksirów zaczął przechadzać się po pokoju z założonymi rękoma. – Pracuję na dwa etaty, narażam się na śmiertelne niebezpieczeństwo, jestem zmuszony współpracować z młodym Potterem, który zachowuje się tak, jakby zjadł wszystkie rozumy i jeszcze mu było mało, od niedawna prowadzę wywiadówki i rozwiewam złudzenia kolejnym głowom rodziny, uświadamiając je, że wiedza ich pociech jest nieadekwatna do tego, co opisują w listach wysyłanych do domów. Wreszcie to JA muszę przygotowywać połowę eliksirów leczniczych, tylko dlatego, że jakiś ograniczony Gryfon, urządza sobie nocne wycieczki do Zakazanego Lasu. I mnie pozbawia się papierosów? Myślę, że przez te wszystkie lata zasłużyłem sobie na trochę spokoju, Minerwo. Załóżmy, że jest wieczór, siedzisz przy ciepłym kominku w rozkosznie zimnym lochu i jadowicie zielonym fotelu, a dla rozrywki czytasz książkę, paląc dobrego, miętowego papierosa. Widzisz to? Tak, to świetnie. A teraz wyobraź sobie dokładnie taki sam wieczór, tylko bez papierosa.
Minerwa sobie wyobraziła.
– Już – powiedziała spokojnie.
– I? – dociekał Mistrz Eliksirów.
– I nic – odpowiedziała zgodnie z prawdą.
Severus Snape przewrócił oczami.
– Te kobiety – westchnął. – Oddaj mi chociaż papierośnicę, to prezent od Narcyzy.
Nauczycielka transmutacji uśmiechnęła się delikatnie.
– Skąd wiedziałeś, że to ja ją mam, Severusie?
– Nietrudno się domyślić – powiedział sucho. – Kiedy ostatnio paliłem podczas karnawału, zagroziłaś mi, że jeżeli jeszcze raz ośmielę się to zrobić przy uczniach, to pożegnam się i z papierośnicą, i z moimi mentolami.
Minerwa westchnęła. Ci mężczyźni, człowiek tylko chce dobrze, a oni stawiają sprawę na ostrzu noża, pomyślała.
Kiedy kilka chwil później wychodził z gabinetu, o zgrozo z pustą papierośnicą, doszedł do wniosku, że Minerwa działa na dwa fronty. Jednym słowem, jest ostra i surowa kiedy trzeba, trzyma się przepisów jak ostatniej deski ratunku, a gdy tylko cały Hogwart pogrąży się w błogim i spokojnym śnie, to tak, wtedy można iść na popijawę.
Tak swoją drogą, ostatnimi czasy on, Naczelny Nietoperz Hogwartu, cierpiał na bezsenność i zaczął zwracać uwagę na nocne wypady nauczycielki transmutacji. Z trzech opcji odrzucił randkę i seks, gdyż i na jedno, i na drugie wspomniana persona była troszeczkę… no, delikatnie mówiąc, była niedysponowana. Pozostały więc plotki.
Pewnej wyjątkowo nudnej nocy, kiedy stopień depresji Severusa osiągnął szczyt, po prostu poszedł za nauczycielką. Taka zabawa w szpiega mogła być dobrym lekarstwem na chandrę.
I tym razem się nie mylił. Jego trop był dobry – Minerwa spotykała się z profesor Sinistrą. Szybko stracił zainteresowanie, bo naprawdę nie obchodziło go, co mogą oznaczać dziwne odgłosy wydobywające się ze środka olbrzymiej komnaty. Jakieś chichoty, szepty, plusk wody i odgłos odstawianego na bok naczynia kwalifikowały się zdecydowanie pod babskie zajęcie, więc wolał się trzymać jak najdalej od łazienki, niczym od odbezpieczonego granatu. Ale Severusa nagle olśniło. Skoro było tam jakieś podejrzane naczynie, a Snape dziwnym trafem obstawiał na alkohol, to mogły być tam i papierosy! Jego papierosy!
Chwilę później odrzucił na bok te cokolwiek podejrzane w jego wypadku myśli i przybierając groźną minę, postanowił udać się na zakupy na Pokątną.
– Źle ze mną – mruknął do siebie. – Zaczynam mieć obsesję, manię prześladowczą i w dodatku jestem uzależniony.
Coś zapukało do jego drzwi. Kto, do cholery, może czegoś chcieć o tej porze?
– Wejść – rzucił swoim zwykłym, oziębłym tonem.
– Dobry wieczór, panie profesorze.
– Potter! – gdyby Severus był zaklinaczem pogody, na zewnątrz zacząłby padać śnieg.
– Bo ja… Ja mam dziś szlaban u pana.
Cudownie, pomyślał wściekły Snape, nie pojadę na Pokątną, nie kupię papierosów, będę musiał wytrzymać do jutra. Zdecydowanie zbliża się klęska żywiołowa.
– Tutaj – przystępując od razu do rzeczy, Snape wskazał na zawalony jakimiś papierami stolik w rogu komnaty, a ton jego głosu stał się lodowaty. – Jest tu lista ksiąg, jakie znajdują się w moim gabinecie. Uporządkuj ją alfabetycznie pod względem tytułów. Obok jest druga taka sama lista, posegreguj ją, ale biorąc pod uwagę autorów. I pamiętaj, Potter – każdy pergamin w osobnej szufladce.
– Ale sir…
– Powiedziałem, Potter.
– Ale…
– Na Merlina, Potter, wiedziałem, że jesteś tępy, ale nie aż tak! Ty chyba nawet przez siedem lat edukacji nie nauczysz się definicji szlabanu.
Pan Jestem Drugim Merlinem, roztaczając wokół siebie aurę wściekłości, próbował znaleźć dokumenty na literę B, których, z czego Severus doskonale zdawał sobie sprawę, po prostu nie było. Potter nie przerywał ciszy, którą Snape starał się rozłożyć pomiędzy swoje własne myśli a posyłanie szyderczych spojrzeń z czasów epoki lodowcowej.
Piętnaście minut później S. chodził tam i z powrotem z rękami złożonymi na klatce piersiowej, a Harry próbował zapanować nad swoimi odruchami bezwarunkowymi, których liczba gwałtownie wzrastała w obecności pewnych osób.
Trzysta sześćdziesiąt pięć sekund później Mistrz Eliksirów spojrzał na zegar, z miną która bynajmniej nie była odzwierciedleniem jego myśli, a Chłopiec Który Przeżył wymyślił kolejny ciekawy pseudonim i miał cichą nadzieję, że Nietoperzowi nie przejdzie przez myśl pomysł spenetrowania jego podświadomości.
Stan zawieszenia broni trwał około pół godziny. Przerwał go oczywiście Potter.
Snape, który właśnie analizował stan swoich oszczędności, a rachunek jak zwykle wypadał na jego niekorzyść, uchwycił kątem oka, jak nieznośny Gryfon chowa coś do kieszeni. To coś przypominało kawałek bardzo starego pergaminu, zapisanego niewyraźnym, pochyłym pismem.
– Potter – syknął.– Co masz w kieszeni?
– Eee…
– To nie mugolska przychodnia, Potter.
Harry próbował uruchomić swoją wyobraźnię, ale najwyraźniej coś się zepsuło, bo powiedział tylko:
– Yyy…
– Nie, Potter, przedszkole też odpada.
– To tylko list – wymyślił na poczekaniu, siląc się na obojętny ton.
– List, powiadasz… – usta Snape’a wykrzywiły się w paskudnym uśmieszku á la jadowita żmija. – Miłosny? A może stworzyli twój fanklub, co Potter?
– Nie, to od Dursleyów – Harry przeklął w myślach samego siebie. Gorszego usprawiedliwienia nie wymyśliłby nawet Dudley.
– Doprawdy? No to nie będziesz miał nic przeciwko, jeżeli się o tym przekonam tak dla świętego spokoju, prawda?
Harry przełknął ślinę i poczuł jak serce podchodzi mu do gardła.
– Accio pergamin w kieszeni Pottera – powiedział zjadliwym tonem i po chwili trzymał kartkę w ręce, a to, co zobaczył, sprawiło, że kolejna kąśliwa uwaga, jaka już czaiła się na krańcach mrocznej podświadomości Mistrza Eliksirów, nie ujrzała światła dziennego. Pod kilkunastoma linijkami zapisanymi drobnym, pochyłym pismem w jednym ze starożytnych języków, widniał symbol – symbol pięcioramiennej gwiazdy.
Severus wpatrywał się w pergamin z niedowierzaniem. Przed oczyma miał całą sieć nakładających się na siebie znaków. Sam, Cha, Os, Confu, Die, Principia, Dron, kwadrat wpisany w okrąg i okrąg wpisany w kwadrat, trójkąt i wreszcie heksagram– obraz w pokoju Lorda Voldemorta.
– Nic panu nie jest, sir? – usłyszał gdzieś z daleka głos chłopaka.
– Zgłębiam twoją korespondencję rodzinną – odpowiedział swoim zwykłym tonem. – I obawiam się, Potter, że właśnie zasłużyłeś sobie na kolejny szlaban. Znalazłeś to w MOIM gabinecie, prawda?
To nie było pytanie. Harry przełknął ślinę.
– Tak, sir.
– I chciałeś to wziąć z MOJEGO gabinetu?
Chłopak przytaknął.
– To się nazywa kradzież, Potter, a ja tego nie będę tolerował. Przez kolejny tydzień będziesz pomagał panu Filchowi w czyszczeniu toalet, które o dziwo mają alergię na wszelkiego rodzaju magię. A teraz skończysz to, co zacząłeś. I lepiej się pośpiesz, Potter, o ile chcesz zdążyć odrobić zadanie domowe z eliksirów na jutro. Zamierzam przestudiować je ze szczegółami.
Odsłona IV
Krzyk
Severus Snape wpatrywał się w kawałek pergaminu. Siedział przy stole nakrytym czarnym obrusem. Woskowa świeczka rozpraszała panujący wokół mrok. Gdyby jakiś mugol zakradł się o tej porze do prywatnej kwatery w lochach, pewnie uciekłby z wrzaskiem, przekonany, że natknął się na jakąś sektę.
To było jednak niemożliwe. Mistrz Eliksirów żył w świecie, do którego mugole zupełnie nie mieli wstępu. Pogrążony we własnych myślach, uchylił zasłonę teraźniejszości i patrzył gdzieś w przeszłość. W mrok. Wspominał.
~*~
– Czego to Smarkerus szukał w dziale Książek Zakazanych? – usłyszał za sobą teatralny szept Jamesa Pottera.
Wiedział, że gdzieś tam, z tyłu, ktoś go naśladuje. Miał świadomość, że nie tylko Peter i Syriusz, ale także wszyscy obecni na korytarzu zaraz wybuchną głośnym śmiechem. Ale już go to nie obchodziło. Nie teraz, kiedy już tak niewiele dzieliło go od bycia kimś. Był już daleko od biblioteki, podczas gdy James i spółka odgrywali swoje koszmarne przedstawienie.
Siedział samotnie w dormitorium Slytherinu we własnym kącie pokoju, bardzo ubogo wyposażonym w porównaniu do reszty pomieszczenia. Kiedyś być może odczułby swoją inność, przeklinał małą skrzynię z kilkoma ubraniami na krzyż i niekompletny zestaw używanych podręczników, ale teraz nie miało to najmniejszego znaczenia. Nadchodziły lepsze czasy, piękniejsze dni i wspanialszy Severus Snape. Severus Snape, który pierwszy raz od wielu lat miał stać się kimś.
Otworzył starą, grubą księgę, oprawioną w granatową skórę z zielonym wężem na okładce. Wąż poruszał się, od czasu do czasu sycząc ostrzegawczo. Miał na kolanach „Pamiętnik Salazara Slytherina”.
„Gdy zło objawia się w swej formie absolutnej, przybiera kształt anioła światłości.”* – głosiło motto. Czarnowłosy chłopak przerzucił kilka kartek i zagłębił się w lekturze.
„Jest granica, której zdaniem wielu nie da się przekroczyć, ale ja wiem, że musi być coś, co przełamie barierę, coś, co nie tylko pozwoli otrzeć się o wieczność, ale wręcz wyciągnąć po nią rękę” .
Severus przeszedł do kolejnego zapisku.
„Zwykła sześcioramienna gwiazda wpisana w koło, gwiazda, która może zmienić bieg historii, stać się częścią maszyny, pozwalającej zapanować nad Przeznaczeniem, Czasem i Mądrością – heksagram”.
Zwrócił uwagę na notatki na marginesie. „Trójkąt skierowany wierzchołkiem do dołu symbolizuje pradawną samicę, istniejącą przed początkiem świata. Wnika w nią męskość, symbolizowana przez trójkąt skierowany wierzchołkiem do góry. Całość jest połączeniem tych dwóch sił, harmonią. Jest jednak jednocześnie symbolem czterech żywiołów. Analogicznie: trójkąt skierowany wierzchołkiem do dołu wyobraża wodę, do góry ogień. Trójkąt ognia, przecięty przez podstawę trójkąta wody oznacza powietrze. Jak łatwo można wywnioskować, trójkąt wody, przecięty przez podstawę trójkąta ognia jest znakiem ziemi. W ten sposób znów dochodzimy do doskonałości ”.
Chłopak zmarszczył brwi. Salazar Slytherin i zagadnienia tego typu? Harmonia, doskonałość, Bóg?
Kiedy odłożył księgę na bok, świtało, ale nie udało mu się znaleźć żadnej przykuwającej uwagę informacji, jedynie całe mnóstwo jakiś cytatów, zapisków tyczących się życia prywatnego i mrocznych tajemnic jednego z założycieli Hogwartu.
~*~
Snape spojrzał na zegar. Miał jeszcze całe pół godziny czasu i wcale nie posunął się do przodu w swoich przypuszczeniach. Miał wręcz wrażenie, że coraz bardziej się od nich oddala. To wszystko przestawało mieć sens. Mistrz Eliksirów przywołał w pamięci obraz wiszący nad kominkiem w pokoju Czarnego Lorda, po czym ponownie spojrzał na pergamin, który miał przed sobą. Uporządkował swoje myśli, sporządzając notatki na marginesie.
Nic. Wciąż nic. Wszędzie doskonałość. Dobra i sprawiedliwa magia zaklęta w symbolu. Chyba, że…
Sześć…?
Gwiazda miała sześć ramion. O ile dobrze pamiętał, oprócz okręgów, na obrazie widniały jeszcze dwie figury geometryczne. Kwadrat i trójkąt. Trzy pomnożone przez cztery dawało dwanaście. Liczba ta z kolei była wielokrotnością szóstki. Brakowało jeszcze jednej szóstki. Cholera, mogłem bardziej przykładać się do numerologii, pomyślał ze złością Severus, będę musiał poszperać w bibliotece i poszukać dokładnej interpretacji czwórki, szóstki i trójki.
Próbował skupić swoje myśli na czymś innym. Ale wspomnienia mają tę wadę, że zawsze towarzyszą nam w samotności, jakby za wszelką cenę chciały wypełnić pustkę po miejscu, w którym powinien znajdować się drugi człowiek.
~*~
– Lecz Salazar Slytherin nie zdawał sobie sprawy, jak potężną mocą władał, nie wykorzystał jej. Jednak ja nie popełniłem tego błędu. To dlatego jestem teraz najpotężniejszym z czarodziejów.
Śmierciożercy słyszeli te słowa już niejeden raz. Lord Voldemort powtarzał je zawsze, kiedy do kręgu wstępował ktoś nowy. Tego, co stało się później, żaden nie mógł pojąć.
Był tylko jednym z jego najmłodszych sług. Nie wyróżniał się niczym oprócz tego, że jak mało który z nich kochał eliksiry. Potrafił godzinami siedzieć w swoim laboratorium, specjalnie wyposażonym dla niego przez Czarnego Pana w najlepsze składniki ze sklepu na Nokturnie. A jednak to właśnie jego, młodego i ironicznego „alchemika” spotkał zaszczyt, o którym marzyła każda ze zgromadzonych na spotkaniu osób.
– Severusie Snape – powiedział zimny, pozbawiony emocji głos. – Pójdziesz ze mną. Wtajemniczę cię w szczegóły.
~*~
Zasłonił twarz rękoma. Nie chciał pamiętać. Czy naprawdę tak dużo wymagał? Czy nawet tutaj, w ciszy własnego gabinetu, nie mógł uwolnić się od wyrzutów sumienia? Wspomnienia swoich pierwszych ofiar?
Pamiętasz? – szeptał cichy głosik w jego głowie. – Zabiłeś ją za to, że cię zostawiła w chwili, kiedy najbardziej jej potrzebowałeś.
Nie!
To była twoja pierwsza zemsta, za tamte lata, kiedy byłeś nikim, kiedy i ona przestała zwracać na ciebie uwagę. Chciałeś, żeby znała swojego oprawcę, żeby cierpiała. Zamordowałeś ją z zimną krwią i sprawiło ci to satysfakcję.
Nie!
Widok jej umęczonego ciała, brzydkiej, zniekształconej przez ból twarzy, która kiedyś była dla ciebie tak bliska, stał się nagle obrazem wroga, którego chciałeś zamęczyć i zabić za wszelką cenę. Pokazałeś jej, że jesteś kimś i że masz władzę. Umierała powoli, dokładnie tak, jak sobie to zaplanowałeś. Zemsta. Za poniżenie. Śmiech. Odrzucenie. Za wszystko. Pamiętasz?
Anna…
Nie!
Świeca wypaliła się całkowicie, kiedy wstał od stołu. Oświetlił komnatę różdżką, schował pergamin znaleziony przez Pottera i uzbrojony w ironiczny uśmieszek, kąśliwe uwagi, a także porcję szlabanów, wyruszył nadzorować korytarze.
~*~
Mistrz Eliksirów, jak na prawdziwego nietoperza przystało, postanowił nie spać. Po głowie krążyły mu tysiące nieznośnych pytań, a najbardziej zagadkowe dotyczyły obrazu. Nauczyciel uwolnił spod ciepłej kołdry jedną nogę i natychmiast schował ją z powrotem.
– Cholera, ale ziąb. Nie ruszam się stąd. – mruknął.
Zakrył się kołdrą aż do brodę i zamknął oczy. Wciągnął do nosa delikatną woń eliksirów, która wypełniała całe pomieszczenie i starał się w niej rozpłynąć. Nie pomogło. Pozwolił, by jego umysł wypełniła wizja Gryfonów, tracących ponad tysiąc punktów w ciągu jednej nocy. Uśmiechnął się tylko do siebie i ciaśniej owinął kołdrą, ale nie zasnął.
Chwycił czarnego jaśka, który znajdował się akurat pod ręką i przytulił. Skutek wciąż był opłakany.
Severus Snape nie był przyzwyczajony ani do posiadania maskotek, ani do ich marnych imitacji. W dzieciństwie słowa takie jak uprzejmość i łagodność należały do zupełnie innego świata, świata, który Severus mógł sobie tylko wyobrażać i którego nigdy w pełni nie rozumiał. Albus Dumbledore był jedną z osób, której udało mu się go trochę przybliżyć, ale mimo to obszar tej innej rzeczywistości wciąż pełen był obcych, niezbadanych terenów. Snape jeszcze przez najbliższą godzinę przewracał się z boku na bok, próbował nawet eliksirów nasennych, które miał zawsze pod ręką, ale w ciągu dwudziestu lat pracy w Hogwarcie zdążył się na nie całkowicie uodpornić.
Wreszcie w przypływie desperacji Snape zrobił coś, czego po sobie nigdy by się nie spodziewał – zaczął liczyć w myślach barany.
Kiedy doszedł do tysiąca i zaczynał powoli tracić kontakt z rzeczywistością, ktoś brutalnie wtargnął do jego świata, nie tyle pukając, co raczej waląc pięściami w drzwi.
Na Mistrza Eliksirów podziałało to tak gwałtownie, iż o mało co nie zleciał z łóżka. Wściekły zrzucił z siebie kołdrę, nałożył czarny szlafrok i podszedł do wejścia. O tej porze mógł go nawiedzić tylko profesor Flitwick, Severus znał to z autopsji. Otworzył drzwi i nie siląc się na konwersacyjny ton, zapytał:
– Co się stało, Filiusie? Jak się domyślam, potrzebny ci eliksir. Na odchudzanie, sen czy wzmożoną aktywność? I do licha, czemu tak późno?
– Yyyyk.
Jednak odgłos, który z prędkością ślimaka dotarł do jego świadomości, z pewnością nie należał do nauczyciela zaklęć. Coś, co go wydało, pachniało sherry i z zadziwiającą prędkością wtoczyło się do środka. W jednej ręce trzymało pustą butelkę, a w drugiej… horoskop! Co?! Trelawney?! Tutaj?! O tej porze?! Na dodatek pijana. Nie, nie to z pewnością nie była sytuacja, o jakiej marzył Severus Snape. A jeżeli był to sen, to ta, która go wymyśliła, chyba pomyliła scenariusze. Bujna wyobraźnia Mistrza Eliksirów była w stanie zaakceptować wiele rzeczy. Najbardziej prawdopodobną wizją była randka Trelawney z Luną Lovegood, bez względu na orientację seksualną zarówno jednej, jak i drugiej, poprzez scenkę rodzajową w Trzech Miotłach, kiedy to profesor McGonagall usilnie nawracałby swoją zbłąkaną koleżankę na drogę prawdy i cnoty, jaką była transmutacja. Najmniej możliwą była obecna.
On i Trelawney w jednym pokoju?! W odległości zaledwie, stwierdził z rosnącym przerażeniem Severus, trzech metrów?! Nie, to po prostu nie mogło się przytrafić w takiej powieści, jak ta. Jednak wszystkie znaki na niebie i ziemi nieomylnie wskazywały, że to jednak się zdarzyło.
– Hmm – zaczął delikatnie. – chyba pomyliłaś pokoje, Sybillo.
– Zaśpiewam ci, Severusie – powiedziało ni z tego, ni z owego coś, co zwykło siebie nazywać trzecim okiem. – Ostatnio pokochałam sopran. Możesz mi służyć za podkład muzyczny?
Zabiję, pomyślał Severus, pokroję, zadźgam, zamorduję! Albo nie. Już wiem! Napiszę do niej list. Tak, list, zdecydowanie. I jeżeli jeszcze raz zrobi mi taki numer, zastrajkuję. Odejdę z powieści. I nie będzie miała swojego Severusa!
– Ach jak chciaaaałaaaabym, chciałabym damą być – podjęła pieśń nauczycielka wróżbiarstwa, z iście artystycznym wyczuciem przeciągając sylaby.
– STOP, STOP, STOP!– z każdym wypowiadanym słowem Severus przybliżał się do nieszczęsnej kobiety, która z iście dramatycznym wyczuciem jęknęła:
– Jak to, nie podobało ci się?
Snape odchrząknął.
– Echem, Sybillo, jest już późno. Chciałbym zostać sam.
– Nocka jeszcze świeża – Trelawney wzruszyła ramionami, najwidoczniej wczuwając się w sytuację.
– Jestem umówiony – powiedział zrezygnowany Snape, widząc, że innej rady nie ma. W przypadku osób nietrzeźwych, które na dodatek charakteryzuje płeć żeńska, Severus postępował zawsze w ten sam sposób – wymawiał się spotkaniem z inną. Tylko że taką taktykę stosował jeszcze w młodości, kiedy miał czas i ochotę na romanse, pomijając fakt, iż wyżej wymienione nie miały ochoty na niego.
Ale to było ponad dwadzieścia lat temu. Nie był pewien, czy jego koleżanka po fachu nadal kwalifikowała się do tej wyżej wymienionej kategorii.
– Masz randkę? – oczy nauczycielki stały się okrągłe jak spodki.
– Tak, nawet dwie.
– Moje wewnętrzne oko podsuwa mi wizję długonogiej blondynki w seksownej, czerwonej bieliźnie.
– Sybillo Trelawney, jest godzina druga w nocy – Severus wcale nie silił się na uprzejmość. – Nie życzę sobie, żeby nietrzeźwy jasnowidz powyżej czterdziestki przebywał TUTAJ ze MNĄ w tej chwili.
– Co? – powiedziała nauczycielka nieobecnym głosem i choć dzięki manewrowi Severusa stała już w progu, nagle, ku jego czarnej rozpaczy, zamknęła drzwi, rozsiadła się wygodnie na jednym z foteli i wyciągnąwszy w jego stronę pustą butelkę, zapytała:
– Napijesz się, kochaniutki?
– Nie. Nie! I jeszcze raz NIE!
– O co chodzi, Sev? Gwiazdy mówią, że duszę twą wypełnia czarna rozpacz.
Severus nie miał zamiaru zwierzać się nikomu ze swojego życia wewnętrznego, a co dopiero nietrzeźwej kobiecie, choć w sumie było to bez znaczenia, bo biorąc pod uwagę słabą głowę pani T., rano i tak nic by nie pamiętała. Podszedł do drzwi i otworzył je szeroko, oświadczając z rozbrajającym spokojem:
– Dobranoc, Sybillo. Korytarze na ciebie czekają i myślę, że Irytek ma zapotrzebowanie na kogoś do zespołu wokalnego. Z tego, co wiem, razem z Prawie Bezgłowym Nickiem organizują jakąś zabawę. Będziesz tam na pewno mile widziana. Twój sopran powinien znakomicie współgrać z odgłosem wydawanym przez stare garnki, chochle do zupy oraz nienaoliwione zbroje, w które ktoś wali czym popadnie. Tymczasem żegnam.
Kiedy tylko Sybilla jakimś cudem nie wpadając na nic po drodze, zataczając za to niemal idealne półkola, znalazła się za progiem, Severus zatrzasnął drzwi i wskoczył do łóżka, nie ściągając nawet szlafroka.
Już opatulił się szczelnie kołdrą, kiedy usłyszał jakieś to wznoszące się, to opadające gwałtownie zawodzenia, które przypominały przeboje Fatalnych Jędz z lat pięćdziesiątych. Przeklął pod nosem i zakrył sobie głowę poduszką. Muzyka była kolejną rzeczą na liście Nie toleruję! Nie znoszę! Nie zbliżać się z tym do mnie, bo mam broń i nie zawaham się jej użyć!
A potem nagle zapadła cisza, przerywana tylko głośnym chrapaniem Mistrza Eliksirów, który przewracał się z boku na bok, co jakiś czas mamrocząc przez sen coś w stylu z Potterem na pohybel.
Na początku sen był niewyraźny. Składała się na niego seria luźnych, niepowiązanych ze sobą w żaden sposób wizji. Przeszłość mieszała się z teraźniejszością. Myśli fruwały gdzieś ponad powierzchnią świadomości, balansując na granicy jawy i nierzeczywistości, po to, by za chwilę niczym płatki śniegu rozpłynąć się i opaść na grząski teren niebytu.
Umysł – jeden z najbardziej skomplikowanych i niezrozumiałych mechanizmów. Odrzucający to, co niezgodne z jego naturą, nieludzkie, dzikie czy obce. Lecz co zrobić, jeżeli w trybiki tego mechanizmu dostanie się ziarno snu?
Arwena
29.10.2005, 16:13
Myślodsiewnia
Ekstra! Na niektórych fragmentach śmiałam się tak, że prawie spadłam z krzesła...
20.02.2006, 14:53To niżej to ja - autorka. Przepraszam, ale tylko na proroku mam nick Arwena. Trudno się przestawić.
5.01.2006, 17:54Dziękuję...Przy następnej części, zdaje się, są przypisy z linkami do stron z których korzystałam. Z Toroj ani bym śmiała się powrównywać. Ona...heh no cóż jest ganialna. Ja ani takiego talentu ani doświadczenia nie mam. Slytherinadę kocham ^^ Fajnie jednak, że choć pierwsza część Ci się podobała Andromedo :*
5.01.2006, 17:53Andromedo, ja też znam (i kocham) twórczość Toroj (a przy okazji również Wieszcza, Falko, Barty'ego - dużo by wymieniać), ale bardzo mi się to opowiadanie podoba :). Severus jest - cóż - uroczy. Tekst pisany zabawnie, przyjemnie, starannie. Może nie tyle rozbawiło mnie określenie "przerośnięty nietoperz" - bardzo mi się podobają komentarze i teksty Severa. Ujęte są tu ładnie i inteligentnie. Kłaniam się szanownej autorce :).
7.11.2005, 19:52...i jeszcze jedno. Skąd czerpałaś cytaty na temat magii pentagramów i ich symboliki?
5.11.2005, 17:37Severusa Snape'a szkic psychologiczny. Udane, tylko jak się to ma do poprzedniej części (pod względem fabuły)?
5.11.2005, 17:29Przepraszam za to "e" musiałam sprawdzić, dlaczego mi internet nie działa...
3.11.2005, 15:58e
3.11.2005, 15:57To opowiadanie ma pustkę wewnętrzną. I taką straszną bezwładność. Może jeszcze całkiem niedawno by mi się podobało, ale kilka dni temu zapoznałam się z twórczością Toroj z forum Mirriel i teraz większość literatury wydaje mi się kiepska lub/i nudna.
3.11.2005, 09:14~finez~, przeczytaj sobie Slytheriniadę. Jest Suuper...
2.11.2005, 10:52